- Dziękuję ci Arti, że ze mną przyszłaś.
- Iris...dziękujesz mi już 3 raz...
- Tak, ale w takie miejsca raczej dziewczyny nie chodzą...
Iris i Odrei znajdywały się nigdzie indziej jak w Maido cafe. W ostatnim czasie po wprowadzeniu ról jakie odgrywają dziewczyny kafejka stała się o wiele popularniejsza. W pobliżu znajduje się również uwielbiana przez drużynę Zeusa kawiarnia Nature Art Cafe, która opustoszała od czasu fali popularności dziewczyn w fartuszkach.
Iris jako iż boi się odmawiać ludziom, nie protestowała i została wybrana do przeprowadzenia przeszpiegów. Wzięła ze sobą Odrei, no bo jak to tak? Raczej samotni chłopcy i faceci, ewentualnie lesbijki chodzą w takie miejsca. Chociaż może myśli starodawnie? W końcu to problem jest w tych którzy to seksualizują, a nie w seksualizowanych. Jako kelnerkę wybrały sobie cosplayerkę, od razu ją rozpoznały, tak jak pozostałe dziewczyny na liście. Zaś zdziwiły się widząc imię Jennett, ale nie mogły jej wybrać gdyż była już zajęta.
- Myślisz, że jak wprowadzimy takie same desery to nikt się nie zorientuje? - kminiła Iris.
- Nie mam pojęcia. Tylko, że tu wcale nie mają nic oryginalnego! Wszędzie dostaniesz galaretkę i deser lodowy.
- Ale specjalnych usług nie świadczymy...
- One też nie robią nic wielkiego! To nie klub ze striptizem. Wasza kawiarnia to poważna knajpa, nie wygłupiajcie się i nie szukajcie problemu gdzie go nie ma.
Iris aż się przestraszyła. Nie chciała marnować czasu przyjaciółki. Ta tylko siedziała z głową podpartą o rękę i śledziła uważnie Jennett. Była pod wrażeniem jak idealnie chodzi w tak wysokich butach, chyba wcześniej miała z tym problem. I że płacą jej za darcie się na klientów?
- Jesteś zła, że cię tu zabrałam czy dalej się przejmujesz tym 2- z matmy? - spytała gotowa na wybuch. Pewnie chodzi o zupełnie coś innego. Od dłuższego czasu była naburmuszona, a jej stukanie obcasów po korytarzu było głośniejsze.
- Nie...nie... - ogarnęła, że zmartwiła przyjaciółkę - Nic się nie dzieje, zgłoszę się do tablicy i wyrównam to jakąś czwórką.
Iris odetchnęła z ulgą przynajmniej w tym temacie, bo zaczęła wyczuwać pewne napięcie w powietrzu. Skupienie energii właśnie na ich dwójce.
- Czemu ja się na to zgodziłam?! Wszyscy się na nas patrzą, tylko dlatego, że jesteśmy dziewczynami - załamała się znowu Iris i próbowała się schować za menu. Umierała już z zawstydzenia.
- Bo się babo dajesz wykorzystywać! Ciągle robisz wszystko dla wszystkich, masz szczęście, że przynajmniej Demeter jest dla ciebie łaskawy! - i znowu się uniosła co dla Iris było jeszcze bardziej przerażające, że znowu na nią krzyczy.
- Przepraszam! - na jej nieszczęście za kartką papieru chowała się tylko jej twarz - Ale zauważ, że głównie patrzą się na nas kelnerki...
Odrei jakoś to przeoczyła, aż zamilkła na chwilę i się obróciła patrząc na każdą z osobna, niektóre nawet coś szeptały między sobą.
- Rzeczywiście, a czy to przypadek, że prawie wszystkie je znam? Przecież tam stoi nasza klasowa blondi, a ta w kocich uszach jest menadżerką Otaku.
- W sumie Byron mi coś mówił, że Otaku pozyskują informacje od dziewczyn powiązanych z piłką z każdej szkoły.
- Co za gnoje! - uderzyła otwartymi dłońmi w stół - ...zaraz, Love ci powiedział? Czemu nie mi?
Iris pokazała kolejną minę przerażenia, ale nie rozumiała co w tym złego, w końcu ona też jest menadżerką Zeusa, chyba, że to wcale nie chodzi o to.
- Jesteś zazdrosna? - wyszeptała.
- Niby o co? - Tak naprawdę była kompletnie załamana, że ich relacja tak bardzo się rozlazła, nie piszą do siebie, a ich wspólne czasy szkolne przestały mieć znaczenie. Nie chciała w to mieszać Jennett, ale nie umiała inaczej. Teraz denerwowało ją wszystko.
- Jak tylko słyszysz imię Byrona to kręcisz nosem...- zasłoniła się tarczą z menu by potwór Odrei zadała jej jak najmniej obrażeń.
- Wcale nie! - jakby teraz dokładnie tak nie było.
Na szczęście nadchodzącej bitwie zapobiegła kelnerka cosplayerka, która przyniosła zamówienie. Akurat była przebrana za Hatsune Miku
- Tęskniłyście? Przyniosłam wasze zamówienie. Dla ciebie Pancakeki z puchatą chmurką, a dla ciebie koktajl z magicznego wróżkowego owocu.
- Nie mogłaś po prostu powiedzieć naleśniki z watą cukrową i sok z truskawki i banana? - upomniała dziewczynę obrzydzona ilością cukru jaki zaraz spożyje oraz tym jak kelnerka próbuje być słodka.
- Nie baka! Ale zamiast tego mogę wam zaśpiewać... Sekai de ichiban ohime-sama… - zaczęła pierwszy wers „The world is mine”
- Nie! Błagam!
- No weź Odrei - że też musiała ją pouczać jak się zachowywać - Jak już tu jesteśmy to chociaż bawmy się dobrze.
- Czy jest coś co mogę dla ciebie zrobić? Umiem też tańczyć - zakłopotała się Hatsune.
- Jakiś problem? - podeszła do ich stolika Jennett zdziwiona tym hałasem.
- Ooo cześć - przywitała się Iris, Odrei też szczęśliwsza pomachała jej licząc na pogawędkę z chyba jedyną tu normalną osobą.
Jennett zamrugała dwa razy oczami jakby nie kojarząc kim są te dziewczyny i czemu się tak ucieszyły na jej widok.
- Heeej - odpowiedziała szybko, ale trochę za sztucznie.
- O widzę, że się znacie, to może was zostawię, szłaś na przerwę? - Miku już się odsuwała by nie narazić się nerwowej brązowowłosej jeszcze bardziej.
- No szłam - nie była zadowolona, że ją zatrzymują. Dziewczyny znowu się lekko zdziwiły jej zachowaniem, przecież tylko zamienią parę słów.
- Należy ci się! Tak się dzisiaj spięłaś, że nic nie stłukłaś, spaliłaś ani się nie potknęłaś no aż szok!
- Przecież to nic wielkiego - Josh zapomniał jak niezdarna potrafi być jego przyjaciółka. Jennett przysiadła się obok Iris, która zaczęła się bać jej obojętności na twarzy.
- Byronowi muszą się podobać te ciuszki... - zaśmiała się Odrei i zaczęła swojego naleśnika.
- Tia... temu zboczeńcowi tylko jedno w głowie - widząc, że Iris szykuje tarcze z menu po prostu wzięła i napiła się jej koktajlu. Smith patrzyła na to z przymarszczonymi brwiami. Nie określiłaby Byrona zboczeńcem, w końcu tak dobrze ją traktuje, a to że ma wysokie libido to sprawa genów matki Afrodyty.
- Słuchaj, a nie masz go trochę dość? Wkręcił się trochę w tą akcję z kamieniami, chyba mało czasu że sobą spędzacie?
- Odrei! - upomniała ją Iris, że od razu schodzi na temat Love'a jak mogłaby się zapytać co u niej. W końcu dowiedziała się, że jest adoptowana
- No co?
Jennett zachichotała.
- Tak mam go trochę dość - Co jak co ale twierdzącej odpowiedzi się nie spodziewała, tamto powiedziała z raczej słyszalną ironią. - Ale to Byron, jest w cholerę irytujący - przez Jennet było można usłyszeć Josha - Jednak wychodzimy dość często. A co? Liczysz, że się zdenerwuję, rzucę go i zajmiesz moje miejsce?
Wtedy to Odrei podniosło się ciśnienie jak i nieświadomie jej policzki się zaróżowiły. Iris wiedząc co się szykuje deptała ją pod stołem, a Smith nie chcąc od razu się rzucać po prostu ustąpiła.
- C-co? - dotykała się zimną dłonią po policzkach.
- Mylę się? Przyjaźń ci wystarczy? No spoko. Tylko czemu już się ze sobą nie spotykacie, pewnie myślisz, że to przeze mnie?
- Ale czemu zaczynasz, ja wcale tak nie... - plątał jej się język. Skąd ona takie rzeczy wzięła?
I czemu wyrzuca je na wierzch, widać, że jej nie lubi. W interesie Jennett było zniszczyć życie towarzyskie Jennett, Byrona przy okazji też. Przejrzała telefon Aphrodiego i była tam jakaś Odrei, dokładnie jej opowiedział o ich znajomości. Ale się udało, że akurat się spotkały!
- No przyznaj, że mnie nie lubisz - założyła ręce na piersi - Jeszcze tu przyszłaś i mnie śledzisz.
Iris afirmowała do niebios by zła aura nad ich stolikiem zmieniła kolor.
- Lubię cię, ale widzę, jak działasz na Byrona, jak jakiś narkotyk. A to ja jestem jego zdrowym rozsądkiem, ja go zawsze wspierałam. Nie mieszkasz tu nawet przez rok, a się rządzisz i mydlisz mu oczy - No i nie wytrzymała.
Jennett zagwizdała z podziwem, że powiedziała co myśli. Odrei aż wstała, bo już zamierzała wyjść
- Też wiem jak to jest być numerem 2 - skomentowała to, ale w głowie brązowowłosej zabrzmiało jakby powiedział to ktoś inny. Jeszcze ten wzrok zaintrygowania, i co to ma znaczyć? Być numerem 2? Coś jest nie tak. Ale już nie powiedziała nic, ponieważ Jennett po prostu wstała i sobie poszła.
- Smacznego życzę.
I chyba na tym skończyły się przeszpiegi, przynajmniej w przypadku Odrei, która wzięła naleśnika to ręki i wyszła. Mega się przejęła tym co zaszło. Nie czekając napisała do Byrona czy mogą się spotkać. Jakoś musiała mu o wszystkim opowiedzieć prosto w twarz, raczej jej nie odmówi. Ręce jej drżały i myślała, że się zapłacze. Jeszcze zostawiła Iris samą, odda jej pieniądze w szkole. Love na szczęście trenował sobie w pobliżu i miał odebrać Jennett z pracy, po jakiś 40 minutach w końcu się pojawił. Myślała już, że ma jej dość.
- Co się stało, nie mogłaś zadzwonić? - od razu się rzuciła na niego z uściskiem, jakby się cieszyła, że nic mu nie jest. Co z tego, że widzi go codziennie w szkole.
- Martwię się o Jennett - Byron podniósł pytająco brew. Widzi się z nią dzień w dzień i wszystko było okej.
- Co, niby czemu? Przez tego demona?
- Nie...- patrzyła w ziemię załamana, powstrzymywała się by nie płakać. Aphrodi nie miał pojęcia co się dzieje, czemu wygląda tak marnie. Nieco przejęty po prostu ją objął.
- Pamiętasz jak w 1 klasie gimnazjum zatrzasnęliśmy się w schowku woźnego bez światła?
- No... - zaśmiał się, przypominając sobie, że weszli tam, gdyż koledzy wmówili im, że woźny w skrzynce na narzędzia trzyma sztuczną szczękę.
- Strasznie się wtedy bałam, ale równocześnie cieszyłam się, że mogę być tam z tobą...czy ty już masz mnie dość? - odepchnęła go i spojrzała mu w zakłopotane oczy.
- Dość? Może w ostatnim czasie wsadzałaś nos gdzie nie trzeba, ale dość mojej przyjaciółki jeszcze nie mam.
- Przyjaciółki... - znów spuściła wzrok - zawsze będziemy się przyjaźnić prawda? Nawet jak na ciebie krzyczę?
- No...ale o co chodziło z Jennett? - i zepsół klimat.
- Nie jest sobą, nienawidzi mnie.
- Matko Odrei znowu to samo...
- Co znowu to samo?! Krzyczała na mnie, zarzucała mi różne rzeczy, w ogóle była pyskliwa jak ja chciałam zwyczajnie porozmawiać.
- O czym ty mówisz, przecież cię lubi! - zdziwił się i aż nie mógł uwierzyć, że mówi o jej dziewczynie.
- Też tak myślałam. Do tego jej koleżanka powiedziała, że jest za perfekcyjna jak na nią.
- Ha, ha, to jest to twoje zmartwienie? - Już nie był w stanie potraktować jej poważnie. Smith znowu się napięła.
- Mówię ci, że coś jest nie tak! - krzyknęła na niego.
- Odrei...czy ty jesteś zazdrosna? Może Jennett czuje się nieswojo przy tobie i się dziwnie zachowuje?
- Co kurwa?! Wiedziałam, że czego bym nie powiedziała będziesz trzymać jej stronę - tupnęła nogą bosko wściekła. Czemu nie jest w stanie jej zrozumieć?
- Zawsze będę trzymać jej stronę - rzekł Byron z czystą powagą. Jennett jest dla niego wszystkim.
- I dziwisz się czemu jestem zazdrosna?! Ja cię tylko ostrzegam.
Byron nie chciał mówić, że jej nie wierzy, ale nie zauważył nic dziwnego w zachowaniu nastolatki. Trudno było mu wziąć Arti na poważnie.
- Jeszcze tu jesteś? - odezwał się głos całkowicie z tyłu. Stała tam Jennett, która wyszła z kawiarni gotowa do powrotu do domu. Konflikt Smith i Love'a, już nie może się doczekać rozwoju tych wydarzeń. Odrei już nie była w stanie powiedzieć nic. Zacisnęła pięść i uciekła, a pojedyncze łezki polały się z jej oczu.
- Idziemy? - Jennett złapała Aphrodiego za rękę i pociągnęła w przeciwnym kierunku. Ale blondyn dalej wpatrywał się jak Odrei ucieka.
- W którym momencie poczułaś, że ty i Josh to przyjaciele na zawsze? - zrobiło mu się żal, że znowu na siebie krzyczeli. Będzie to musiał wyjaśnić. Poczuł jak Jennett ściska mocniej jego rękę, jakby zareagowała na imię Duna.
- Chyba wtedy gdy nikt nie chciał się z nim bawić, a gdy usiadłam obok niego zbudowaliśmy największą wieżę z klocków ze wszystkich...
- Odrei jest trochę jak on tylko raczej nie okaże się być chujem.
Wspólna nauka nigdy nie szła im za dobrze. Ciągle ich coś rozpraszało. Najlepsza była zabawa gdy tato Byrona przyniósł im popcorn i rzucali sobie do ust, w większości lądował na podłodze.
Jennett z czasem zapomniała, że jest w roli, bawiła się tak dobrze z Byronem nie tylko jako czarnowłosa, ale też jako Josh. Sama nie mogła w to uwierzyć. Był tylko jeden problem...
Gdy wciągnęli cały popcorn z podłogi i zrobili minimum z minimów z lekcji zbliżyli się nieco bliżej i oczywiście zaczęli się lizać. Teraz praktycznie każdy wieczór tak wyglądał. Sprawa kamieni stanęła w miejscu , fioł przeszedł blondynowi i znowu zaczął żyć normalnie. Josh wiedział na co się pisał zmieniając się w Jennett. Musiał przyznać, że Love dobrze całował i było mu z nim przyjemnie. Jak za czasów gdy się do siebie dobierali "dla beki". Dun już sam nie wiedział o co mu wtedy chodziło, po prostu gardził blondynem, ale brakowało mu tych ust i jego bliskości.
Z podłogi przenieśli się na łóżko i czule całowali. Rączka Byrona spoczęła na piersi dziewczyny, a ta położyła mu ręce na ramionach. Języki splotły im się i tańczyły wchodząc wzajemnie do gardeł.
- Uwielbiam cię - wymruczał Byron przerywając na chwilę. Jennett wsunęła mu rączki pod koszulkę i pogładziła po klacie. Odrei miała rację, działa na niego jak narkotyk. Była prawdziwym demonem.
Blondyn zrzucił z siebie koszulkę, to samo uczyniła Jennett, a Love od razu wbił się w jej szyję. Wplótł rękę w jej włosy i skubał po szyi. Lizał i całował, chciał oznaczyć całe jej ciało jako swój teren.
- Ej weź, nie będzie mi się chciało malinek korektorować - oderwała go od siebie i znowu pocałowała. Blondyn przeszedł niżej z pocałunkami na jej obojczyki, zsunął ramiączka od stanika.
- Mogę? - na co czarnowłosa pokiwała głową by rozpiął jej stanik. I już mógł złapać za jej obie nagie piersi. Ta go wtuliła do siebie by mógł swobodnie ją dotykać. To było naprawdę miłe uczucie. Ona też mu jeździła paznokciami po plecach, ale Byronowi nie szło tak dobrze jak zwykle. Widać było, że jest rozkojarzony, dręczyły go słowa Odrei. Nie do końca chciał wierzyć, że to wszystko było z zazdrości. Pocałowali się znowu, ale Love odkleił się na chwilę ciągnąc przy tym stróżkę śliny.
- Co robisz? - spytała gdy jej chłopak sięgnął po telefon.
- Głupio mi jak potraktowałem Odrei, będę musiał z nią pogadać na spokojnie, tylko kurczę kiedy...jutro widzę się z Axelem...
- Wierzysz jej? - zirytowała się, że chłop przerwał w takim momencie. Blondyn wzruszył ramionami - Napisz jej, że pogadasz z nią w najbliższym czasie, ale nie mów dokładnie kiedy.
No i git. Niczego nieświadoma blondyna pójdzie na spotkanie z jeżem, a ona w tym czasie nastraszy Smith. Co może pójść nie tak?
Po wysłaniu wiadomości rzucił telefon na bok i wskoczył ponownie na łózko przywierając Jennett do ust.
*
McCurdy przebudziła się. Nie wiedziała ani gdzie jest, ani jaki jest dzień, ani co się wydarzyło. Był to dzień po wyprawie na Fuji. Wstała z nieswojego łóżka. No tak, Josh i nastolatki o kolorowych włosach...przetarła sobie oczy. Ten cały Reize i Gran czy jak im tam, kosmici. Ugh, bała się, bała się co się z nią stanie, i że zostanie tutaj na zawsze. Miejsce gdzie się znajdywała o dziwo nie było straszne i nie przypominało statku kosmicznego. Był to zwykły pokój pomalowany cały na czarno, bez okien i z drewnianymi meblami, na środku stał również drewniany stolik. W pokoju były jeszcze drzwi zapewne do łazienki. Miała na sobie wczorajsze ciuchy, ale ani śladu po jej plecaku. Zaczęła kombinować co powinna zrobić, uciekać? Nawet nie wie gdzie jest, pewnie dalej pod ziemią i chroniona przez facetów w czerni. Ja pierdziele, że też ten głupi kontrakt ze Stevenem doprowadził ją do tego miejsca. Wstała w końcu z łóżka i podeszła do szafy, bo to co miała na sobie było niepierwszej świeżości. O dziwo były w niej ubrania, chyba nawet jej, okej... Wisiały też jakieś kolorowe koszulki i stroje sportowe. Wzięła cokolwiek i poszła do toalety podejrzewając, że przecież mogą tu być gdzieś kamery. Dziwnie tak, nie wie nawet która jest godzina, równie dobrze mogła być 3 w nocy, a ona chętnie by zjadła jakieś śniadanko. Ktoś po nią przyjdzie czy coś? Chciała to dostała, do drzwi ktoś zapukał. Nacisnęła klamkę, a tam nikt inny jak Gran w zwykłych domowych ciuchach.
- Wstałaś, to dobrze - powiedział jak gdyby nigdy nic.
- Czemu mnie porwaliście? - spytała prosto z mostu.
- Bo nie odpowiedziałaś na zaproszenie do drużyny.
- Sorry, nie mogłam znaleźć cię na Facebooku- kto normalny porywa przez to ludzi? Ale no tak, oni nie są normalni, to kosmici. Nie zareagował na jej żart, co wprawiło ją w pewien niepokój. Czemu Steven z nimi współpracuje, do czego im ona? Love coś jej gadał nad uchem o tym, teraz żałuje że nie posłuchała. Jeden za gwałtowny ruch i może stać się jej krzywda. Może dla własnego dobra i paru obserwacji lepiej będzie być przychylnym?
- Nasi ludzie cię śledzili, wystarczyłoby potwierdzenie słowami.
- Zajebiście... - nie ma to jak się dowiedzieć o stalkowaniu.
- Przyniosłem Ci śniadanie - wręczył jej talerz z jeszcze ciepłym jedzeniem. Jak zjesz, przebierz się w któryś ze strojów w szafie, a ktoś po ciebie przyjdzie. Trochę cię oprowadzi, a potem zaczniemy trening i dowiemy się do której drużyny trafisz. W głębi duszy Gran liczył, że trafi na niego. Jennett przeanalizowała wszystkie twarze, które uczestniczyły w jej porwaniu. Był tam też Burn...pewnie ktoś z nich się nią zaopiekuje, a może być to kompletnie ktoś inny. Ciekawe czy to działa na zasadzie domów w Hogwarcie.
- Okej, ale ile będę czekać? Tak jakby zabraliście mi plecak i telefon...
- Wszystko jest w jednym kawałku, nie martw się - wsadził jej jeszcze sztućce do ręki - Masz 15 minut - obrócił się na pięcie i zamknął drzwi. Niepokojący z niego chłopak, gada jak jakiś robot, a równocześnie wykazuje ogromne podniecenie tym, że Jennett jest w jego pobliżu.
Siadła do stołu i wsunęła jeszcze ciepłe jajka z bekonem i tosta z serem, zarzuciła na siebie fioletową koszulkę i czarne spodenki, gdy po pokoju znowu rozległo się pukanie.
W drzwiach tym razem stała dziewczyna w jej wieku z niebieskimi włosami, możliwe że ją już widziała. Jej mina ani trochę nie pokazywała radości, że ją widzi w przeciwieństwie do Grana, wręcz wyglądała jakby przyszła tu za karę.
- Cześć - zaczęła Jennett.
- Zróbmy to szybko - jęknęła dziewczyna i chwyciła McCurdy za nadgarstek wyciągając ją z pokoju.
- Ej spokojnie! - krzyknęła na nią, ale ta ciągnęła ją bezdusznie wzdłuż korytarza prawdopodobnie przeklinając sobie pod nosem.
- Jestem Ulvidia, gram w drużynie Genesis razem z Granem, łapy precz od kapitana bo zabiję - chyba jej nie pozwoli na jakiekolwiek pytanie, więc milczała i dała się ciągnąć wycierając wszystkie kurze - Tutaj są wszystkich pokoje, w większości śpimy po 2 osoby, więc masz luksusy. Słowem wstępu to jesteśmy kosmitami, którzy chcą walczyć z ziemianami za pomocą piłki nożnej. Wiem brzmi absurdalnie, tak jak absurdem jest to że Gran i ojciec cię tu chcą, niby jesteś taka jak my, ale nie sięgasz nam do pięt - nawet nie próbowała łapać o czym mówi, pewnie potem dopyta o to Grana. Siedziba wydawała się być takim kwadratem wokół którego chodziły, w samym jego środku znajdowało się boisko. - Coś w rodzaju świetlicy, gdzie czasem oglądamy filmy, siedziby naszych szefów, sale treningowe, biblioteka, basen, siłownia, pokój pielęgniarki, no i oczywiście boisko.
Wielkie przeszklone okno w ścianie dawało widok na ogromne, dobrze oświetlone boisko, które aż raziło swoim blaskiem. Ulvidia zauważyła zachwyt Jennett i aż sama się uśmiechnęła.
- Robi wrażenie co? Zaraz tam wejdziemy i będziesz mogła się wykazać. Zrobimy ci kilka testów na twoich normalnych możliwościach i zdopingowanych po czym czeka cię seria treningów indywidualnych.
- Tyle, że ja od dłuższego czasu byłam zawieszona i kompletnie forma mi siadła... - przestraszyła się, że zawiedzie. Chyba traktowali to zbyt poważnie.
- Nie martw się o to, Gran dał ci kamień Aliea, więc po prostu załóż go na dosłownie parę sekund, a potem zdejmij, powinno cię to podrasować. Taka przyjacielska porada.
- Słucham?! Nigdy znowu tego nie założę, skoro mnie śledziliście to powinniście wiedzieć co mi odwala...
- Odwala mówisz? Będzie ciekawie... - zaintrygowała się. - Chodź, pewnie już na nas czekają.
Weszły przez ogromne przeszklone drzwi, światło reflektorów dosłownie oślepiało, nie było porównania tego boiska z ichniejszym w Raimon.
- Weź się tak nie gap! To dziwne! Po prostu tam wejdźmy! - przy szklanych drzwiach była klawiatura, na której niebieskowłosa wpisała kod, a drzwi zasyczały i otworzyły się.
Teraz wyglądało to jeszcze potężniej. I to wszystko mieści się pod ziemią?!
- Hej dziewczyny, zwiedzone wszystko? - z trybuny wychylił się nagle Burn, a ten tu czego?! Weszła delikatnie za Ulvidię, ale po chwili pokazały się kolejne twarze. Między innymi Gazela, Reizego o ile dobrze pamięta i taki w czarnych włosach co nie wyglądał za przyjacielsko, ale chyba najmądrzejszego z nich wszystkich.
- No i co się szczerzysz klaunie? - skarciła go.
- Idziemy na drugą stronę, drużyna Dvalina zaraz tu przyjdzie i będzie na drugiej połowie - zarządził Gran i wskazał tego czarnowłosego dziwaka.
Wcześniej tego nie dostrzegła, ale na tej drugiej połówce czekały na nią piłki, pachołki, znowu te dziwne roboty, płotki, wszystko czego potrzebowała do testów.
- No więc tak. Przygotowaliśmy dla ciebie kilka testów sprawnościowych. Najpierw wykonasz je normalnie, a później z meteorytem Aliea, który ci wręczymy. A wy co sztuczny tłum robicie? Nie macie co robić? - Gran chciał z nią zostać sam na sam, miał pełną rozpiskę danych i miał wypełniać tabelki. Chociaż tak naprawdę głębszą analizę wykonywali naukowcy w fartuchach ukryci w ponad trybunami. Ekipa przewróciła oczami.
- Przecież będziemy tylko patrzeć - mruknął Reize, którego Gran od razu uciszył samym wzrokiem, więc sobie poszli. Chociaż tak naprawdę nie mogli się powstrzymać by nie obserwować z ukrycia, najbardziej Burn.
Gran pozwolił jej na rozgrzewkę. Podpatrywała co robi druga połowa boiska, a czerwonowłosy siedział na murku i się patrzył perfidnie na nią. Ona też go pilnowała wzrokiem, ale nie odezwali się ani słowem. Niezręcznie.
Testy te wyglądały mniej więcej tak jak na wfie. Bieg po kopercie, rzut piłką lekarską, drybling przez pachołki, skok w dal. Trochę nie traktowała tego poważnie, śmiała się, chociaż cieszyła się, że w końcu się rusza. Gran nie podnosił nosa z kartek tylko jej mówił co ma dalej zrobić. Pewnie bazgrał jakieś serduszka zamiast pisać.
- Jest dość wolna, aczkolwiek widać jej determinację, potrafi przekalkulować co jak najlepiej zrobić, chociaż wyników nie ma jakiś wybitnych. Ale jest dziewczyną to może przymknę oko - myślał gryząc długopis. Według niego idealnie nadawała się do Genesis.
- Teraz najważniejsze - zeskoczył z murku i przeniósł wszystko co było zbędne na bok. Rozstawił pachołki, ustawił trzy roboty by udawały obrońców, a na końcu czysta droga na bramkę.
- Chyba wiesz co masz robisz - rzucił jej piłkę pod nogi - Musisz wyminąć wszystkie przeszkody i trafić na bramkę.
- Mam lekkie deja vu - to było dla Jennett jak zielone światło, teraz wszystkim pokaże! I wystrzeliła niczym rakieta. Skakała między pachołkami nie tracąc piłki z oczu z prawie taką szybkością jak w Prędkości Kła. Dalej byli niby obrońcy. Jednemu wślizgnęła się między nogi, drugiego wyminęła, a nad trzecim przeskoczyła robiąc salto. To był jej firmowy ruch, który służył jedynie popisaniu się co dziewczyna uwielbiała. Chociaż to szybka akcja to była w swoim żywiole. Nie pozostało jej nic innego jak oddać strzał co przyszło jej z ogromną łatwością.
- Tak to się powinno robić - rzekła dumnie idąc do Grana po dalsze instrukcje. Ten był pod wrażeniem, podobnie jak chowająca się reszta. Burn i Gazel wiedzieli od początku jak to wygląda, ale Reize i Dvalin po drugiej stronie nie podnieśli nawet kącików ust pozostając w swojej zadumie.
- W takim razie teraz spróbuj z tym - wręczył jej kamyk na rzemyku, dokładnie taki sam jak ten, który wręczył jej przy pierwszym spotkaniu. Obawy Jennett na nowo wróciły, czy ten dziwny demon znów wylezie? Chyba nie dopóki nie przywoła Wiedzy Demona.
Tylko naszyjnik wylądował na jej szyi, a jej ciało nabrało energii, przeszedł ją energetyczny impuls. Włosy delikatnie się uniosły, a niebieskie oczy rozżarzyły. I znów poleciała, o wiele szybciej, bo czuła jakby mogła przebiec maraton z 3 razy. To było niesamowite uczucie, to była prawdziwa moc, która dała jej wiatru w skrzydła. By ominąć obrońców nawet nie musiała się specjalnie patyczkować. Tak bardzo chciała strzelić, tak bardzo chciała pokazać jaka jest dobra. W tym momencie powinna strzelić Wiedzą Demona i chyba prawie to zrobiła...
- Wie... - tylko wypowiedziała pierwszą sylabę, a demon już ją objął. Z jej pleców wyrosły zalążki skrzydeł, a oczy zażarzyły się niebieskim ogniem. Czarne pióra wydobyły się z jej ciała. Była na idealnej pozycji do oddania strzału. Na szczęście Jennett powstrzymała się by wypowiedzieć resztę nazwy techniki i oddała strzał tak mocny, że piłka jeszcze chwilę wirowała w siatce. Opadła na ziemię łapiąc się za brzuch, znów ten przeszywający ból, dyszała niespokojnie, ale dzięki temu, że się powstrzymała nie był tak mocny. Podniosła się do góry jakby to było zamierzone i uśmiechnęła się jak ten demon. Buzia Grana była szeroko rozwarta, wszyscy jakby zatrzymali się w czasie. Drużyna obok patrzyła się tylko na nią, podobnie jak Dvalin.
- O cholera - teraz Ulvidia będzie mieć jeszcze większą konkurencję.
- Z Ojcem nie mogliśmy wybrać nikogo lepszego – powiedział cicho, ale na tyle słyszalnie by dziewczyna to usłyszała.
- Dzięki... - Ale ręce dziewczyny nie mogły przestać się trząść. Potem na nowo rozłożyli pachołki i resztę przeszkód robiąc ponownie te same ćwiczenia. Wychodziły jej znacznie lepiej i jeszcze z większą lekkością. Gran opowiedział jej jeszcze o drużynach i że czeka ją trening w każdej z nich. Jak skończą mają obiad i czas wolny, a potem pozna pozostałych członków wszystkich drużyn.
Jennett nie wiedziała co się właśnie odwaliło. Czuła się mniej więcej tak jak w pierwszych dniach w Raimon, była w centrum uwagi i wszyscy się nią zachwycali. Przecież nie ma czym...szczerze mówiąc zmęczył ją ten cały trening, ale i tak był dla niej odprężeniem od tego całego natłoku informacji. Tylko ten demon, dobrze że nie skończyło się tragedią, jeszcze by ją wyrzucili.
- Gemini storm, Epsilon, Diamond Dust, Prominance, Genesis... - przypomniała sobie nazwy wszystkich zespołów, które wymienił jej potem Gran. Cały strach z niej uleciał, a wręcz zaczęła się cieszyć, że tu jest. Jeszcze nie rozgarnia o co tu chodzi, ale wie, że ci ludzie pomogą jej się rozwinąć pod względem piłkarskim. Szkoda, że nie ma tu Byrona, też byłby zachwycony. Jedyne co może dla niego zrobić to to wszystko zapisać.
Wskoczyła z powrotem w robocze ciuszki i nim się spostrzegła został jej przywieziony obiad, tym razem przez dwóch panów w kitlach...okej. Pochłonęła wszystko za jednym zamachem jak na wielką fankę jedzenia przystało.
Czas wolny tak? Fajnie, że nie ma telefonu albo jakiś kartek czy długopisu. Ehhh.
W takim razie może czas pozwiedzać? Ulvidia nie pokazała jej zbyt wiele, większość miejsc była opisana, więc raczej się nie zgubi. Po wyjściu z pokoju liczyła, że nikt jej nie zobaczy, nie zagada. Skradała się mijając korytarz pełen pokoi, było tak głośno, za drzwiami, że może nikt jej nie usłyszy.
- Sala treningowa, sala treningowa 2, siłownia, kuchnia dzieci i mamy bibliotekę!
Czytanie książek nie cieszyło się chyba zbyt dużym zainteresowaniem wśród kosmitów. Nawet bibliotekarka nie była potrzebna, bo jej stanowisko było puste. Wzięła, więc jakiś papier i długopis. Książki wyglądały tak jak te zwykłe ziemskie, tytuły też były napisane po japońsku, a nie kosmiciemu.
Od czego zacząć?
- Gdy spotkałam Grana i Reizego po raz pierwszy powiedzieli mi że jestem jedną z nich. Nie jestem kosmitką, chodziło im o demona? Czy jestem na tyle dobrą piłkarką, że mnie chcieli w swojej drużynie? Podają się za kosmitów. Jaki mają cel w przybyciu na ziemię? Czy są prawdziwi? Mocy dodaje im meteoryt Aliea, sami zachowują się jak zwykłe ludzkie nastolatki do tego mówią po japońsku. Wydają się być jak rodzina, chociaż istnieją pewne podziały. Nie widziałam żadnego dorosłego poza dwoma facetami w fartuchach, powinni mieć jakiegoś trenera, reszta to dzieci starsze i młodsze. Usłyszałam też o jakimś Ojcu, wielki brat? Steven? Albo może Steven pracuje dla tego Ojca? Po co Stevenowi ona? I kontakt z nimi? Chodzi o moc? O te kamienie? - to był jej monolog wewnętrzny i wszystko to wpisała na kartkę. Trochę jej się obraz rozmazywał mimo iż miała soczewki, okulary sprawdziłyby się lepiej, ale były w tym durnym plecaku...Gryzła długopis myśląc jeszcze, gdy niespodziewanie prawie wyskoczyła z fotela, po tym jak poczuła dotyk czyiś rąk na swoich ramionach. Złapała się za serce, które prawie co nie dostało zawału.
- Jezu... - odwróciła, i w tym momencie serce całkowicie wystrzeliło z jej klatki piersiowej.
- Tu się schowałaś - stał za nią Burn pokazując swoje ostre zębiska zadowolony, że ją znalazł.
Ok, spierdalańsko.
Dosłownie ją sparaliżowało jak za sprawą strzały Artemidy, nie udało jej się wymknąć, gdyż chłopak od razu złapał ją za rękę.
- Puść mnie!
- Chcę tylko pogadać, nic ci nie zrobię, odsunę się nawet jeśli księżniczka sobie tego życzy.
- O czym chcesz gadać?! - syknęła na niego sugerując, że nie mają o czym rozmawiać. Burn naprawdę chciał tylko zamienić kilka słów, Gran by chyba wyrwał mu tego jego tulipana na głowie, gdyby chociaż musnął delikatnie czarnowłosą.
- Wiesz...o życiu - wyrwał jej kartkę, którą Jennett kurczowo trzymała. Czytał jej notatki równocześnie odpychając ją od siebie gdy ta chciała je mu odebrać. - A co tu wzorowa uczennica zanotowała? Ściągi? - zadrwił z niej.
- Oddawaj! - ta podskakiwała jak małe dziecko by dosięgnąć kartki. Już nawet zaczęła go szarpać jak agresywna chihuahua.
- A jak ci odpowiem na te wszystkie pytania to się uspokoisz? - odepchnął ją całkowicie zanim wydłubała mu oko paznokciami.
- A mógłbyś? - tego się nie spodziewała, chłopak wręczył jej z powrotem kartkę.
- Ale nie tutaj - ściszył głos, a jego żółte źrenice przekręciły się w stronę prawie że niewidocznej kamery. Jennett zrozumiała, że głupia była cały czas na widoku. Nie miała czasu do namysłu po co w bibliotece kamera, ponieważ Burn od razu ją gdzieś pociągnął. Wszyscy tu biegają w tak zawrotnym tempie? Burn wypatrzył jakieś drzwi i dosłownie wrzucił ją do środka. Czy to nie jest schowek sprzątaczki? Podniosła miotłę, na którą wpadła. Zapalił światło i zatrzasnął drzwi. Przestrzeń była dość ciasna, a byli tu sam na sam. Sama z siebie zaczęła dygotać, a serce przyspieszać. Co jest? Poczuła jakby coś jej stanęło w gardle. Znowu to uczucie zagrożenia w jego towarzystwie. Nie, nie, przecież nic jej nie zrobi. Nie po to ją zaciągnął w ciasne miejsce bez kamer by...
- Wszystko w porządku? - spytał widząc jak myślami jest poza padołem ziemskim, jak jest blada na twarzy, a nogi trzęsły się jak babcie na zimnie.
- Tak, tak to klaustrofobia... - tłumaczyła się jąkając, bo dalej nie mogła się uspokoić.
- Ta...klaustrofobia. To wcale nie tak, że banda podająca się za kosmitów cię porwała, zmuszając cię do ćwiczeń i jakiś testów, a teraz twój dawny oprawca wrzuca cię do schowka na szczotki - patrzył w jej oczy by złapał z nim kontakt i się uspokoiła, chciał udowodnić, że nie ma złych zamiarów. W końcu spojrzała na niego spod czarnej grzywki i wzięła parę wdechów i wydechów - Przepraszam... - znowu zaczął chłopak. Głowa McCurdy poszła lekko na bok. Niemożliwe, po tylu latach przeprosił ją za wszystkie świństwa jakie jej zrobił. Tylko na co jej teraz przeprosiny? Nie zwróci jej to czasu zmarnowanego na płacz, nienawiść do samej siebie, wiecznego okłamywania, czy kasy za głupiego psychologa.
- Nie zamierzasz się na mnie mścić? - odsunęła się jednak delikatnie. Pokręcił przecząco swoją czerwoną czupryną.
- Jak ostatnio się widzieliśmy to trochę mnie poniosło, wszystkie wspomnienia wróciły. Po powrocie przepracowałem sobie wszystko w głowie. Że to ja byłem ten zły, a wysługiwanie się tobą i zabawianie naiwną dziewczynką jest zabawne dopóki się nie ponosi konsekwencji. Naprawdę mi przykro.
Jennett nie wiedziała co powiedzieć Zmądrzał, dobrze dla niego, tylko trochę za późno. Litości nie będzie, w życiu. Mimo że na jego twarzy widziała żal do samego siebie, a miał problem z wyrażeniem uczuć, a przepraszaniem to już w ogóle. Jej twarz przypominała pysk wilka gotowego do ataku, chciała mu wygarnąć wszystko, ale to by znowu zabolało ją.
- Wiesz jak trudno zdobyć 16 latce tabletkę po w Korei? - powiedziała to takim tonem, który był cienki i ostry jak igła, która wbiła się w serce Burna. Spuścił delikatnie głowę, z jego ust wydobyło się kolejne ciche "przepraszam". Jennett westchnęła, jednak niepotrzebnie wchodziła na tak cienki lód.
- Było minęło, żyję dalej. Ale co się stało z twoim życiem. Jak do cholery stałeś się kosmitą? - stwierdziła, że czas zmienić temat, w końcu nie po to się tu wpakowali.
- To jest grubsza sprawa niż myślisz - oparł się o drzwi szykując na długą opowieść. - Zacznijmy od tego, że wszyscy tutaj jesteśmy zwykłymi ludźmi. Kosmici to tylko przykrywka dla naszych supermocy spowodowanych meteorytem Aliea.
- O kurna...to jest jakaś organizacja? Jakiś jest cel tego czy zwykłe granie na dopingu i udawanie kosmitów?
- Ehh...Jakby... - podrapał się po karku - Wszyscy zawodnicy to dzieci z domu dziecka.
- McCurdy wryło w ziemię. Wykorzystują dzieci? Czy to aby nie jest nielegalne? Jak na razie widziała samych nastolatków, ale to i tak dziwne.
- Ja i Gazel przecież też byliśmy w domu dziecka, "Słoneczny ogród", który ma oddziały w całej Azji. Piłka nożna jako zainteresowanie dzieci jest tam bardzo mocno rozwijana, Ojciec stawia na jak największy postęp. My też trenowaliśmy. Do czasu aż nie zaczęto eksplorować meteorytu. Wtedy zaczęto dokładniej szkolić dzieci na najwyższej klasy zawodników i...
- Claude...Claude... - zdziwił się słysząc swoje imię - czekaj. Bo to wszystko brzmi świetnie, ale jaki jest tego cel? Siedzicie tu zamknięci, nazywacie się jakimiś kosmitami, jesteście szkoleni jak żołnierze. Nie śmierdzi ci tu coś?
- Sprytna jak zawsze - wyszczerzył się chłopak zadowolony z czujności swojej byłej - Gran pierdoli, że to wszystko dla Ojca, on nam wszystko zapewnił, godne życie, zabrał z ulicy i terefere. Poświęcimy się dla niego, dla niego zrobimy wszystko. Ten staruch ma w nas jakiś interes, ale mi to spływa, gdyż jestem tu dla mocy kamienia i zdobycia nowych umiejętności.
- Ah no tak, zapomniałam jak egoistyczny jesteś. A ja dlaczego tu jestem? - bo to chyba najważniejsze pytanie.
- Gran i ojciec się tak na ciebie uparli, bo ty używasz zakazanej techniki, którą jesteś w stanie kontrolować albo byłaś...i cię nie wyniszcza. To jest niesamowita moc sama w sobie. Jeszcze jesteś jedną z nas można powiedzieć, bo nie masz biologicznych rodziców, ale za to dzielisz matkę z Byronem hihihihi - zachichotał jak hiena - Jak w jakimś hentaicu.
- Przestań! - Pacnęła go po nodze. Pozostało jeszcze jedno pytanie.
- A...czy wiadomo ci coś o człowieku zwanym Steven? Syn słynnego Reya Darka.
- Hmm, ten co przyprowadził Josha? - czarnowłosa dostawała odruchu wymiotnego na jego imię - On współpracuje z naszym Ojcem. Dokłada się finansowo do badań nad meteorytem, ale też i w nas. W zamian chce moc meteorytu. Nie całą oczywiście. Żeby ożywić swoją technikę hissatsu nie trzeba wiele, ale trzeba mieć talent. Ten człowiek jest widocznie bardzo zdeterminowany, bo chce ogromną część meteoru dla siebie, widocznie takim jest beztalenciem. To komentarz Grana nie mój. On nam cię podrzucił. -
Super, że została sprowadzona do kategorii przedmiotu, który przecież tak łatwo można porwać i podrzucić.
- Jakieś jeszcze masz pytania? - widział jak biegała wzrokiem po ścianie analizując wszystko - Jakbyś czegoś potrzebowała to śmiało uderzaj do mnie bądź Gazela. Do Grana za żadne skarby, jest zbyt przywiązany do Ojca i bezprzypałowy. Bądź posłuszna i nie mów tego czego nie musisz. A i jeszcze drużyny! Na podstawie twoich umiejętności zostaniesz przydzielona. Gemini Storm przewodzi ten zielony i jest to ekipa od szybkości, Epsilon tego cichego co ma oczy jak naćpany ma zarąbistą obronę jak i ataki, Diamond Dust Bryce'a to ci co kalkulują wszystko na chłodno i są na tym samym poziomie co moi Prominance, działamy pod wpływem impulsu, ale i oni i my to czysta współpraca. No i jest Genesis Srenesis, którzy są po prostu nikim i Prominance ich zdejmie w kategorii najlepszej drużyny! I ty mi w tym pomożesz! -McCurdy nie wiedziała co o tym myśleć. Wszystko brzmi wspaniale, ale...
- Kiedy będę mogła stąd wyjść? - zapytała bardzo cichutko by nie niszczyć mu chwili zachwytu. Widać było, że cała ta akademia Aliea widzi w niej jakąś nadzieję.
- Jak cię przydzielą.
- Nigdzie mnie nie przydzielą, bo ja wracam do Raimon. To wszystko jest jakieś dziwne! - podniosła się z podłogi i krzyknęła. Kurde, ma zostawić przyjaciół? Byrona? Dla jakieś chorej ambicji? Co ze szkołą?!
- Kochana...jak ty stąd wyjdziesz to ja nie wiem czy Raimon będzie jeszcze istnieć... - co?
- Claude do cholery tu jesteś! - czerwonowłosy wyfrunął gdy ktoś z całej siły pchnął drzwi i tym kimś był Gazel, współlokator Burna. Śnieżynka spostrzegł, że nie siedzi w kanciapie sam - O matko Jennett co ten pajac ci zrobił, czemu cię tu zamknął?! - no tak, Bryce, matka Teresa całej ekipy.
*
Następnego dnia jak gdyby nigdy nic Jennett normalnie wybrała się do szkoły. Miała o tyle szczęście, że kończyli wcześniej niż klasa Byrona, dlatego od razu po lekcjach się tam skierowała. Byron i Odrei nie gadali ze sobą, posyłali sobie uśmiech, ale na tym się kończyło. Jennett kryła się przed wejściem czekając aż prawdziwy Byron sobie pójdzie i będzie mogła się pod niego podszyć. Jest, idzie to biedne dziewczę. Szybka przemiana!
- Odrei... - wskoczył jej na drogę - Możemy jeszcze dzisiaj porozmawiać?
- Podniosłeś mi ciśnienie wystarczająco, może Jennett z tobą porozmawia... - przedłużyła ostatni wyraz, gdyż blondyn pociągnął ją za nadgarstek i wybiegł z terenu szkoły.
- Nie miałeś się spotkać z Axelem? - wysapała patrząc gdzie ją zaciągnął, blondyn także się rozglądał i dalej uparczywie ściskał jej rękę.
- Nieaktualne - rozglądał się czy aby na pewno są sami, zbędne towarzystwo mogłoby tylko zaszkodzić.
- Dobrze więc, słucham - Odrei tylko i wyłącznie liczyła na przeprosiny i moment, w którym powie "a nie mówiłam?". Skierowała go na ławkę, ale tylko spojrzała na jego twarz dostrzegła, że znów jest coś chyba nie tak.
- Nie lubisz Jennett prawda? - rzucił prosto z mostu.
Odrei jęknęła znudzona, że znowu to przerabiają.
- Lubię ją, nie przeszkadza mi to że jesteście razem, ale ma po prostu zły na ciebie wpływ, nie dba o ciebie...
- Tak jak ty? Nikt nie zadba o drugą osobę tak jak przyjaciel? - uśmiechnął się do niej jakby ją przejrzał, tak naprawdę podsumował wszystko co Artemida chciała powiedzieć. Brązowowłosa nieco się skrępowała, nie wiedziała co powiedzieć.
- Przyznaj, że chciałabyś być na miejscu Jennett, bez niej było lepiej prawda?
Smith kalkulowała każde jego słowo, ani tonacja, ani dobór słów nie pasował do syna Afrodyty. Czuła się jakby napierał na nią, a ona opierała się o ścianę. Czemu mówi takie rzeczy i to o swojej dziewczynie? Chytry uśmiech pasował aż za bardzo, ale w jego oczach tliła się niedostrzegalna zielona iskra.
- Kim jesteś? - zmarszczyła brwi całkowicie przeczuwając podstęp. Love zbliżył się do niej, naruszając strefę osobistą, nieco się przestraszyła, ale tego co zrobił kompletnie się nie spodziewała. Pocałował ją. Złożył delikatnego buziaka na jej ustach.
Nie wiedziała co z sobą zrobić, odruchowo go odepchnęła, przecież nie powinien tego robić! Zrobiło jej się odrobinę cieplej, a ten wyszczerzał zęby w jej stronę. To było naprawdę dziwne, ale jakoś tak nie jest na niego zła.
- Przyznaj, że tego chciałaś - oblizał się - Świetnie cię rozumiem, też od zawsze byłem numerem 2, "tylko przyjacielem". Tobie może to się podoba, ale długo tak nie pociągniesz. Zemścijmy się na McCurdy, może chciałabyś... - Smith nie mogła tego słuchać. Chłopak naprawdę namieszał jej w głowie zwłaszcza, że nie był sobą i jeszcze dała się mu pocałować! Słusznie przywaliła mu jak najmocniej z liścia, tak że spadł z ławki.
- Kim jesteś?! - powtórzyła wściekle, cała była czerwona. Nie potrafiła zrozumieć tej intrygi.
- Kimkolwiek sobie zażyczysz słońce - mrugnął tylko oczami, a przeszło go zielone światło. Na miejscu Byrona leżała Jennett.
Nastolatka oniemiała, miała wrażenie, że chyba śni, bo to nie mogło być możliwe. Wzięła McCurdy za fraki i mocno nią potrząsnęła.
- C-co...co to do cholery było?! - ponownie rzuciła, go a raczej ją na ziemię - Chyba mi jakoś gorzej ostatnio - chwyciła się za głowę już naprawdę się gubiąc. - Czyli to wczorajsze zachowanie Jennett...to ty się pod nią podszywasz? - Jennett milczała przyglądając się i zastanawiając co jeszcze ciekawego powie - Gdzie jest prawdziwa...
- Przestaniesz biadolić? Już i tak wiesz za dużo.. Granie dwóch ról będzie trudne, ale albo cię uciszę albo się do mnie dołączysz.
- Wiesz, że zadarłaś z boginią śmierci? Mnie nie uciszysz!
- Ja nie, ale pan Steven już tak - mina jej zrzedła, w końcu ją dorwał?! I co teraz? Zaniepokoiła się co wskazywała jej twarz.
- Jennett jest bezpieczna, na razie powiedzmy, że zmieniła kolegów i drużynę, która wykorzysta jej potencjał - wstała i wytrzepała się z ziemi.
- Ej Jennettka nie za dużo tej samowolki? - na ścieżce ni stąd ni zowąd znalazła się Avril, ratunek dla Artemidy. Niekoniecznie, ponieważ pewnie też jest zamieszana w tą całą maskaradę.
- Masz mnie pilnować, a nie śledzić - czarnowłosa przewróciła oczami.
- Avril. O co z nią chodzi?! Nią i twoim ojcem!
- Przecież wszystko jest w porządku... - mina nastolatki ani trochę tego nie pokazywała. Jej oczy wypełniała żałość, jakby była do czegoś zmuszana.
- Nie powinnaś była z nią gadać - pociągnęła McCurdy za ucho w ramach kary, oczywiście czarnowłosa nic sobie z tego nie zrobiła. Odrei wlepiała wzrok w ziemię, myśląc co powinna powiedzieć, Jennett oczywiście manipulowała nią dalej.
- Nikt ci nie uwierzy, zwłaszcza Byron, więc się nie pogrążaj - na koniec wysunęła w jej stronę rękę z zaciśniętą pięścią by wręczyć coś Artemidzie. Niepewnie wzięła podarek w ręce - Jak przemyślisz sprawę to pisz.
Avril nie podobało się to co wyprawiała Jennett pod jej nieobecność, chociaż była pod wrażeniem takich intryg. Prawie jak na jej poziomie, ale bała się, że w pewnym momencie przesadzi. I tak ją ciągnąc, obie odeszły, a Arti znowu została sama. I co teraz?
Spojrzała na dłonie, w których trzymała otrzymany...fioletowy kamień z rzemykiem, dokładnie taki jaki pokazywał jej Byron. Biedny on skoro niczego się nie domyśla. Jak znowu zacznie mu się skarżyć na Jennett albo wymyślać teorie o zmiennokształtnym człowieku, to może skończyć się to dla niej słabo. Ścisnęła kamień w pięści. Jak sama to powiedziała, nie zadziera się boginią śmierci, pozostaje jej działać na własną rękę.
Zapowiedzi Burna!
Chociaż Jennett spędza z nami wspaniały czas to nie może on się wiecznie ciągnąć. Ćwiczy prężnie, gdy druga Jennett niszczy jej życie. W końcu na scenę wyjdzie Steven chcąc zakończyć to wszystko raz na zawsze. Możliwe, że stracimy czarnowłosa raz na zawsze, a w jej miejsce będziemy mieć tajemniczego demona. Igraszki Josha wyjdą na jaw, a Avril będzie chciała...zakończyć swoje życie ?! Axel zrób coś!
Jennett: Ale się wczułeś...
Dlatego przeczytajcie rozdział 27 „Prawda/Fałsz" planowane na styczeń już 2022
---------
Co to za rozdział bez obsuwy co nie?
Obiecałam ship AxA, wiem bo sama czekam :”)) ale się przesunie na kolejny. Chciałam tutaj pogodzić w końcu Burna I Jennett by sobie pogadali i wyjaśnili. Myślałam czy nie dowalić, że przy tym gwałcie Jennett zaszła w ciążę, ale to by było ultra patologiczne. Czytelnikom podoba się, że ta książka zahacza o 2 sezon. Chciałam wam pokazać co mogło się dziać moim zdaniem przed atakiem i w dniu ataku kosmitów. I wiecie co? Pamiętacie jak mówiłam w Q&A że Josh powinien być gejem? Chyba jest nim. Jedyną rzeczą jaką temu przeczy jest to że kraszował Jennett. Ogólnie teraz zaczęłam go uwielbiać za te świństwa. Moi drodzy 2 rozdziały nam zostały chyba, że coś się przedłuży. Łezka się w oku kręci, bo pamiętam jak świętowaliśmy 4 lata książki, a to już 5 :”)) Wiecie, że was kocham?
U mnie to tak... zerwałam przyjaźń z podstawówki, zaraz będę mieć 18 lat i ojciec chce mi kupić samochód, jadę na koncert Måneskin, będę mieć wycinane migdały i chcę założyć sklep z biżuterią z żywicy, którą na pewno będę tu promować.
I to chyba tyle, jak zwykle piszcie wrażenia i wszystko o wszystkim w komentarzach. Tak jak Burn pisał koniec grudnia/styczeń nowy rozdział. Chociaż chciałabym jeszcze z wami pożegnać stary rok.
Bye <3